ostatnio chciałam żeby padał deszcz, dziś mówię mu stanowcze dość. Nie chodzi mi tu o zalany stadion ani przemoknięte buty. Wszystko wina tej negatywnej aury która zaczęła otaczać moich znajomych.
Jesień, och, jakie to straszne! Wcześniej robi się ciemno, świat płacze, paruje i ulatuje, a ludzie rzucają się do niemal wyschniętej Wisły albo wieszają na pępowinach nienarodzonych dzieci. No tak, to chyba trochę zbyt makabryczna wizja.
Muszę jednak przyznać, że mnie też zaczyna przytłaczać jesień. Wstaję gdy jest ciemno, wychodzę, pozwalam się zamknąć w głośnej auli, a potem wracam do domu - znów w kompletnych ciemnościach. Nie wiem czy to jarzeniówki czy brak słońca za oknem, ale coś powoli wysysa ze mnie energię i cierpliwość.
Cierpliwość wyczerpała mi się dzisiaj. Kolejny dzień zakończył się wiązanką od bliskiej mi osoby o wszelkiego rodzaju niepowodzeniach. Bałam się, że wkroczy już na tematy związków, ale na szczęście zamilkł pogrążając się w swoim pesymizmie. Mimo że zwykle słucham cierpliwie i doradzam, dziś zdecydowanie nie miałam do tego głowy. Myślałam o czymś innym. Teraz nie dość że mam nierozwiązaną sprawę, która nęka mnie odkąd otworzyłam rano oczy, to martwię się jeszcze czy moją ignorancją jeszcze bardziej nie zdemotywowałam biednego chłopaka.
Co spędzało mi sen z powiek? Rzeczy, które mnie irytują, a z którymi nie mogę skończyć przede wszystkim dlatego, że nie są to moje nawyki. Są to ludzie, przeróżni, mali, duzi, piękni, brzydcy, grubi, chudzi, ale zawsze ludzie. Nie psy, nie wrony, nie konie, a ludzie. Jak na zwierzęta, czy tam byty, racjonalne, to zachowują się jak stado zidiociałych pawianów.
Magiczny kurs na który zapisałam się w tamtym semestrze ruszył pełną parą. Poznałam grupę ludzi, których twarze będę teraz widziała przed dwa lata trzy dni w tygodniu. Niezbyt urodziwe twarze. W sumie nie wiem czy tak jest wszędzie czy tylko na mojej uczelni, ale stado przyszłych polonistów wydaje się być nieodkrytym etapem ewolucji ludzkiej. Dziecinni, nieporadni i na swój sposób upośledzeni. Kłaniam się za to polonistom, którzy te studia skończyli i zgubili te cechy w czasie ewolucji trwającej jedynie pięć lat.
Na tym samym kursie poznałam taki przedmiot jak PKS (podstawy komunikacji społecznej). Była tam mowa o wielu rzeczach na które od dawna zwracałam uwagę, w tym o szybkości mówienia. Wiecie że zwykła osoba na minutę wypowiada 120-150 słów? Oczywiście są przypadki wybiegające poza granice, tak górną jak i dolną. Rzecz w tym, że ludzi mówiących szybko można jeszcze w jakiś sposób zrozumieć, wynieść coś z kontekstu paplaniny, albo po prostu zignorować. Knykcie jednak mi bieleją gdy ktoś zaczyna mówić wolno, z przerwami. Ktoś, kto w dodatku zastanawia się trzy do piętnastu minut zanim coś powie lub zrobi. Cierpliwości, może powie coś wartościowego, może zmieni to moje życie, może... Otwiera usta, a z nich wydobywa się tylko wydobywa się krótkie "Nie wiem". Świetnie się spisałeś, rozmówco.
Ostatnio też zaobserwowałam pewną reakcję u znajomych w stosunku do mnie. Znacie to uczucie gdy zaczynacie coś robić i nie jesteście przekonani co do swoich umiejętności? Twarz wykrzywia się w paskudnym grymasie, załamujecie ręce, a serce ogłasza odwrót. Dobrym przykładem są pierwsze lekcje tańca, gdy pragniesz zostać mistrzem salsy, ale kręcenie biodrami bez utrzymania balansu przy pomocy rąk wydaje się niemożliwe. Patrzysz na tego znienawidzonego mężczyznę w którego tyłek wpijają spojrzenia wszystkie uczestniczki. Wtedy on podchodzi do ciebie, a ty w głębi duszy zaczynasz go nienawidzić za wypastowane buty i brak potu na czole. Mimo spojrzenia, które już dawno powinno go powalić, on każe ci pokazać czego się nauczyłeś, a twoja pozycja zamiast zachwycać emanuje pogardą dla świata i samego siebie.
Jaka powinna być reakcja nauczyciela? Co byście woleli, pochwałę czy krytykę? Jestem pewna że hipotetyczny tancerz pochwaliłby ucznia, uwzględniając małe "ale", kilka porad, może ćwiczeń. A co gdyby nie usłyszał żadnego "ale"? Czy oznaczałoby to że mimo kwaśnej miny rzeczywiście radził sobie dobrze (jak na swój poziom, oczywiście) czy po prostu nauczyciel stwierdził że to tragiczny przypadek?
Dodajmy do tego jeszcze jeden hipotetyczny przypadek. Nauczyciel dalej chodzi między uczniami, sprawdzając jak sobie radzą. Ty nie otrzymałeś żadnych porad, jedynie suche "dobrze", za to inni próbują dalej gdy on im tłumaczy dokładnie jak mają to zrobić. Myślę, że poczułabym się sfrystorwana i potraktowana niepoważnie.
Chciałam jeszcze coś napomknąć na temat ludzi, którzy uważają się za specjalistów w danym temacie po przeczytaniu dwóch poradników, ale to może innym razem.
Salve.
czwartek, 18 października 2012
wtorek, 11 września 2012
Kap, kap, kap.
Moja prośba została spełniona! Deszcz zaszczycił ponure, ciche osiedle swoją obecnością. Chyba nawet błysnęło się gdzieś w tle, ale mogło mi się wydawać.
Mamy prawie połowę września, dla niektórych ostatniego miesiąca wakacji, dla innych pierwszego miesiąca zmagań w szkole, a jeszcze dla innych - zwykłego miesiąca, zawalonego pracą. Za każdym razem, z przyjściem jesieni, dopada mnie - nader często, jak się okazuje - melancholijny nastrój, pełen refleksji i chorych przemyśleń, czasami dołujących. Kiedyś było to nawet powodem depresji, ale nie ma w tym nic dziwnego, prawda? Podobno jesień ma to do siebie.
Mama stwierdziła, że powinnam być bardziej optymistyczna. Niebawem mam urodziny, choć mam wątpliwości, czy jest to powód do radości. Im bliżej urodzin, tym bliżej października. A ten miesiąc jest dla mnie w szczególności... Pechowy? Przygnębiający? Nostalgiczny? Bywają dni, że wszystko jednocześnie.
Ale to nic. Trzeba być optymistycznym, tak? W obliczu tragedii nie wolno się załamywać, zacisnąć pięści, nie opuszczając głowy na dół. Zastanawiam się, czy pod koniec października uda mi się zdobyć na taką postawę. Dałam sobie radę przez cały rok, dlaczego nie miałabym dać rady teraz? To przecież tylko jeden dzień, który spędzę z rodziną i (nie)znajomymi na godzinnej mszy, a później cmentarzu. Zmuszona do wpatrywania się w marmurową płytę z kamienną twarzą. Tak jak co miesiąc.
Jednak... Nawet gdy o tym myślę, do oczu napływają mi łzy. Świadomość, że nie zdążyłam pożegnać się z najbliższą osobą bywa czasami przytłaczająca. Mieliście taką sytuację, że ktoś dzwoni do Was wcześnie rano ze zwykłym pytaniem, czy wstałeś/wstałaś, a Wy odpowiadacie z poranną obojętnością, nieświadomi, że już nie usłyszycie nigdy tej osoby? Że następnego dnia ktoś przyjdzie Wam powiedzieć o tragicznej śmierci? O samobójstwie?
... Cóż, wątpię. Jedno przesłanie, jakie mi się nasuwa z tego wspomnienia, jest podobne do hasła reklamowego Milki: "Nie bądźmy obojętni!" I zaprawdę, oddałabym wszystko, by móc jakoś naprawić ten błąd. Będzie ciężko, ale może kiedyś, kto wie. Chciałabym w to wierzyć. W końcu, ci wszyscy ludzie muszą gdzieś trafiać, prawda?
Przepraszam, jeśli kogoś w jakiś sposób uraziłam, czy nie trafiłam z osądem. Miłego wieczoru.
PS: Małe co nieco na deszczowy wieczór.
sobota, 8 września 2012
Wstęp?
„Ty też jesteś Bogiem – tylko wyobraź to sobie.”
Cześć.
Być może niektórzy zadadzą sobie pytanie, co skłoniło nas do
założenia bloga. Coraz bardziej rozpowszechniona moda wśród czatowników na tworzenie „internetowych pamiętników”? Niewykluczone.
Miejsce na publiczne krytykowanie wszelkich twórczości artystycznych? Były
takie myśli. Jednak, czy sensownym jest tłumaczenie się z niewinnych zamiarów?
Czy powinnyśmy podać konkretne powody? W końcu żaden pisarz nie zwykł spowiadać
się, dlaczego jego opowiadanie wygląda tak i tak, a w tej książce umarła ta, czy
inna postać. Ostatecznie, niezależnie od efektu pracy, każdy zinterpretuje to
inaczej, po swojemu. Komuś przypadnie do gustu, inny wyśmieje, a wszystkie
opinie muszą zostać uszanowane. Z takim nastawieniem będziemy dla Was pisać.
Bez większych nadziei, a może?
Nie mam pojęcia, nad czym mogę się rozwodzić. Ten tydzień
wyprał mnie ze wszelkich myśli, zmuszając do bezmyślnej egzystencji. Ślęczę nad
tym akapitem dobrą godzinę, co chwilę zmieniając zdanie, co chwilę kasując
linijki tekstu. Skupienie przychodzi mi z wielkim trudem. Przez cały dzień słucham
jednej piosenki, zupełnie różniącej się od tych, których zwykłam słuchać na co
dzień. „Jestem Bogiem” – mówi Wam to coś?
Niektórym pewnie tak.
Patrzę za okno. Bardzo słoneczny dzień tego wieczoru, można rzec. I ani jednej chmurki na niebie! Tak, wiem. Źle ze mną. Można następnym razem uda mi się nie pisać trzy po trzy?
Pozdrawiam Matkę Słońca. Widzisz? W końcu coś wystukałam. Nic sensownego, ale jednak.
PS: Ja też chciałabym, by padało.
Chciałabym żeby padało.
Jest już niemal wieczór. Za godzinę, może półtora zajdzie słońce, zrobi się zimno. Ja w tym czasie, otulona w czerwony szlafrok, będę tu siedziała, walcząc z komputerem, który zdecydowanie odmawia współpracy. Chcę zrobić jedno - wyskakuje błąd. Biorę się więc za coś innego, jednak kolejny błąd wyskakuje murem, odbierając mi dostęp do wszystkiego czego się tknę.
Chyba powinnam wspomnieć co nieco o blogu. Dlaczego? Po co? Kto? Gdzie? Jak? Postaram się wszystko wyjaśnić, powoli i na tyle dokładnie, by wszyscy zrozumieli.
Jest to swoisty objaw hipokryzji. "Inni mają blogi, wydają mi się beznadziejne, więc założę własnego i postaram się by spełniał moje wymagania", tak ja to widzę. Druga Ona (ta, która miała pisać powitalnego posta lub cokolwiek zrobić na tej stronie) może mieć trochę inny powód by siedzieć wieczorami nad klawiaturą i przelewać swoje myśli na ekran z migającym kursorem.
Wesoły kuzyn zagląda mi przez ramię, udając ninję. Właśnie krzyknął "kuku", chowając się za framugą. Jak go nie kochać? Przejedzona, ledwo się uśmiecham słuchając jego żartów żywcem wyjętych z Disneyowskich serialów. Widzę go tylko raz w roku, ale dziś wyjątkowo nie mam sił na bawienie się w rycerzy, akrobatów, karateków albo wikingów. Będę musiała to nadrobić jutro, by przez kolejny rok czekał z niecierpliwością na mój przyjazd. Dziś za to siądę w kącie z książką i wyruszę wraz z kuzynem w podróż do świata dzielnych hobbitów.
Na tym kończy się mój dzisiejszy tekst. Nie przemyślałam go, pisałam na żywioł, nawet nie mam ochoty go czytać. Miejmy nadzieję, że Dziecko Słońca bardziej się postara i także wystuka kilka zdań. Byłabym wdzięczna za kilka komentarzy, szczególnie odnośnie "zbyt komiksowego" szablonu.
Nienawidzę Łomianek i korków na drodze.
Chciałabym żeby padało.
Chyba powinnam wspomnieć co nieco o blogu. Dlaczego? Po co? Kto? Gdzie? Jak? Postaram się wszystko wyjaśnić, powoli i na tyle dokładnie, by wszyscy zrozumieli.
Jest to swoisty objaw hipokryzji. "Inni mają blogi, wydają mi się beznadziejne, więc założę własnego i postaram się by spełniał moje wymagania", tak ja to widzę. Druga Ona (ta, która miała pisać powitalnego posta lub cokolwiek zrobić na tej stronie) może mieć trochę inny powód by siedzieć wieczorami nad klawiaturą i przelewać swoje myśli na ekran z migającym kursorem.
Wesoły kuzyn zagląda mi przez ramię, udając ninję. Właśnie krzyknął "kuku", chowając się za framugą. Jak go nie kochać? Przejedzona, ledwo się uśmiecham słuchając jego żartów żywcem wyjętych z Disneyowskich serialów. Widzę go tylko raz w roku, ale dziś wyjątkowo nie mam sił na bawienie się w rycerzy, akrobatów, karateków albo wikingów. Będę musiała to nadrobić jutro, by przez kolejny rok czekał z niecierpliwością na mój przyjazd. Dziś za to siądę w kącie z książką i wyruszę wraz z kuzynem w podróż do świata dzielnych hobbitów.
Na tym kończy się mój dzisiejszy tekst. Nie przemyślałam go, pisałam na żywioł, nawet nie mam ochoty go czytać. Miejmy nadzieję, że Dziecko Słońca bardziej się postara i także wystuka kilka zdań. Byłabym wdzięczna za kilka komentarzy, szczególnie odnośnie "zbyt komiksowego" szablonu.
Nienawidzę Łomianek i korków na drodze.
Chciałabym żeby padało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)